Henning Mankell w "Polityce"
Dodane przez taclem dnia Lipiec 12 2009 23:20:14
Diagnoza ze skarpetek
Rozmowa ze szwedzkim autorem kryminałów Henningiem Mankellem


Bohater pańskich powieści kryminalnych inspektor Kurt Wallander tropiąc kolejnych zbrodniarzy często zadaje sobie pytanie: Co stało się ze Szwecją? Zatem: co się z nią stało?

Gdy społeczeństwo przechodzi dogłębną przemianę – taką, jaką na przykład przechodziliście w Polsce po II wojnie światowej – zawsze znajdą się ludzie, którzy będą mieli poczucie, że utracili coś istotnego. I taki właśnie jest Wallander. Jest krytyczny w stosunku do rzeczywistości. A może lepiej powiedzieć, że jest zachowawczy: nie tyle poszukuje czegoś istotnego w przeszłości, ile ma poważne wątpliwości, czy zmiany, jakie w Szwecji się dokonują, są zmianami na lepsze.

W jednej z powieści Wallander pytany, co się zmieniło, mówi, że wyjaśnić to można na przykładzie skarpetek. Dawniej Szwed je cerował, dziś wyrzuca i kupuje nowe...

Wallander nie jest w stanie nadążyć za zmieniającym się modelem społeczeństwa, które dziś zmierza – od klasycznych idei państwa socjalnego, głoszonych zwykle przez socjaldemokrację – w kierunku wyznaczonym przez wartości rynkowe i konsumpcyjne. Nie znaczy to, by mój bohater uważał, że niegdyś wszystko było w porządku, widzi natomiast, że gwałtowne zmiany przypominają sytuację, w której wylewa się dziecko z kąpielą.

Jeśli coś w Szwecji pękło, to pewnie od owej fatalnej nocy w 1986 r., gdy zamordowano premiera Olofa Palmego, wracającego z żoną do domu z kina...

Wiele osób tak uważa.

Pan nie?

Śmierć Palmego zawsze będzie traktowana jako ten zwrotny symboliczny moment, który zmienił Szwecję. Nie wydaje mi się, by była to prawda. Gdyby Palme żył, wszystko, co się miało wydarzyć, i tak by się stało. Mniej więcej od 20 lat możemy obserwować, jak tworzy się społeczeństwo oparte na chorych podstawach. Powinniśmy je reformować i uzdrawiać, nie zaś do reszty niszczyć.

Wallander po raz pierwszy pojawił się w powieści „Morderca bez twarzy”...

To był 1989 r. (powieść ukazała się dwa lata później). Wtedy postanowiłem napisać o szwedzkim rasizmie i o tym, jak otwarte społeczeństwo i tolerancyjni zazwyczaj ludzie zamieniają się w ksenofobów. Wtedy też zrozumiałem, że moim bohaterem musi być oficer policji.

Sądząc po wygłaszanych poglądach, lubi go pan...

Nie lubię go za bardzo. Nie jesteśmy specjalnie do siebie podobni. Tak naprawdę to niewiele nas łączy. Pisarzowi w wielu przypadkach łatwiej stworzyć wyrazistą postać zapadającą w pamięć czytelników, gdy czuje do niej dystans i zbytnio jej nie lubi.

Za to czytelnicy uwielbiają Wallandera. Dziennikarze podobno pytają pana, jak inspektor głosowałby w referendum i jak komentowałby bieżące wydarzenia polityczne. Skąd ta sympatia do postaci, która jest zgorzkniała, często choruje, chodzi przeziębiona po błocie i śniegu, nie lubi widoku trupów i ma nieustające kłopoty rodzinne?

No tak, nie jest to typowy bohater powieści kryminalnych, ale z pewnością jest to typowy oficer policji. I to taki, którego spotkać można w wielu krajach. Ci ludzie żyją w wielkim stresie i za swoją pracę płacą często bardzo wysoką cenę. Stąd pewnie zainteresowanie tą postacią nie tylko w Szwecji.

Pańskiemu komisarzowi sypią się związki z najbliższymi...

I nie tylko. Zwrócił pan uwagę, co Wallander i inni piją w pracy?

Hektolitry obrzydliwej zimnej kawy w plastikowych kubkach...

I jedzą też byle co. Równie fatalnie wygląda często ich kondycja psychiczna, stąd to zgorzknienie i stany depresyjne. Koszty uprawiania tego zawodu można by dalej mnożyć.

Depresyjny nastrój tworzony jest także przez styl pańskich książek. W polskich filmach kryminalnych policjant obowiązkowo musi być wulgarny. Pański styl jest chłodny, oszczędny. Swym ascetyzmem i surowością przypomina policyjny raport. Skąd pomysł, by tak pisać?

Uczciwie mówiąc – nie wiem. Wiem natomiast, że jako pisarz różnicuję styl i język moich utworów: w inny sposób piszę sztuki teatralne, inaczej powieści z Wallanderem. Jeśli chodzi o styl tych ostatnich, sam nie wiem, co tu mądrego powiedzieć. Istotne wydaje mi się natomiast, że o ile z moim bohaterem nie czuję specjalnej więzi, to z całą powieścią owszem: zawsze piszę książkę tak, bym sam chciał ją przeczytać.

No właśnie. Jakich pisarzy literatury sensacyjnej lubi pan czytać?

Taki „Makbet” Szekspira to bardzo dobra opowieść kryminalna. Podobnie zresztą jak „Jądro ciemności” Josepha Conrada...

A z bardziej typowych i bardziej współczesnych autorów? Słyszałem, że ceni pan Johna le Carre‘a...

Owszem. Ale jest coś, co łączy wszystkich wymienionych tu autorów. Dla nich opowieść kryminalna ma głębszy cel, pod fabułą kryje się jakieś drugie dno.

Czy na tym polega różnica między kryminałem kontynentalnym a thrillerami amerykańskimi?

W znacznej mierze tak. Nie wyobrażam sobie, bym mógł zacząć pisać kolejną powieść kryminalną bez jakiegoś głębszego powodu. Nigdy nie napiszę takiej książki – a tak dzieje się na ogół w Stanach Zjednoczonych – jedynie dla rozrywki. To byłby czysty idiotyzm!

Rozmawiał Mariusz Czubaj