Henning Mankell: Morderca bez twarzy (Zofia Jurczak)
Dodane przez taclem dnia Lipiec 21 2009 14:26:10

Mój sobotni wieczór sponsorowało słówko „prawie”. Zjadłam prawie kilogram truskawek, wypiłam prawie całą butelkę czerwonego wina i przeczytałam prawie całego „Mordercę bez twarzy”. Mankella nie miałam w ręku już blisko rok, skandynawskie kryminały poszły w odstawkę na ładne kilka miesięcy po tym, jak zeźliłam się nieudolnością pisarską Karin Fossum (ale jeszcze do niej wrócę!) i prawdę powiedziawszy ta mimowolna wstrzemięźliwość, którą sobie zadałam była dobrą decyzją, bo teraz podeszłam do tematu z apetytem i zaangażowaniem godnym neofity. „Morderca bez twarzy” zresztą przypadł mi do gustu jak dawno żaden kryminał, pomimo tego, że pierwsza część cyklu z Kurtem Wallanderem uchodzi za jedną ze słabszych. Szczerze – nie mam pojęcia na czym polegać miałaby ta słabość, choć przyznać muszę, że w porównaniu z dotychczas przeczytanymi przeze mnie częściami akurat ta została napisana w nieco innym stylu. W późniejszych tomach bowiem Mankell na równi z konstruowaniem misternej kryminalnej intrygi bawił się suspensem. W „Mordercy bez twarzy” suspensu niet, morderca nie macha do czytelników i Wallandera łapką zza krzaczka, objawia się dopiero pod koniec powieści, ale nie uprzedzajmy faktów.

Szwecja z powieści Mankella to taki „społeczny raj z rysą”, w „Mordercy bez twarzy” pisarza interesuje temat napływu imigrantów, z którymi ani rząd, ani odpowiadające za azylantów organizacje nie są w stanie poradzić. Oficjalnie witają z otwartymi rękami, podczas gdy społeczeństwo drży i wrze z niezadowolenia. Wokół tego problemu Mankell ukuł kryminalną intrygę. W podystadzkiej wsi ktoś brutalnie zamordował parę staruszków, a jedynym tropem są ostatnie słowa wypowiedziane przez kobietę: zagraniczni. Jednak wszystkie poszlaki prowadzą śledztwo donikąd, a wzburzona społeczność głośno domaga się wskazania winnych.

Kurt Wallander w „Mordercy bez twarzy” boryka się z kryzysem wieku średniego, samotnością świeżo upieczonego rozwodnika, zmęczeniem, zgorzknieniem i… nadwagą. Mankell ma smykałkę do kreowania wiarygodnych postaci, bardziej ludzkich niż literackich i chyba właśnie to w połączeniu ze spora dawką realizmu jest największą siłą jego powieści.

Bardzo mi się podobało.

Autor recenzji: Zofia Jurczak

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie Lekturki.